czwartek, 31 grudnia 2020

Kończy się rok 2020, który minął (chyba nam wszystkim) głównie pod znakiem pandemii COVID-19. Myślę sobie jednak, że wydarzyły się w nim także dobre rzeczy, za które jestem naprawdę wdzięczna. I choć koronawirus pokrzyżował kilka planów, to wciąż nie wolno mi zapominać o tym co się w moim życiu zawodowym udało zrealizować jak chociażby wydanie książki czy członkostwo w Komisji Artystycznej.

Ostatnie dni tego roku spędzam w bibliotece UMK w Toruniu. Już od jakiegoś czasu kiełkuje w mojej głowie pewien temat, który staram się skonkretyzować i sproblematyzować. Mianowicie, zastanawiam się nad tym jakie miejsce w świadomości amerykańskiego społeczeństwa odgrywały musicale filmowe w okresie Wielkiego Kryzysu, w latach 1929-1939. Ciekawy jest bowiem fakt, że na przełomie dekad musical drastycznie tracił na popularności. Mówiło się nawet o zmierzchu gatunku, który stał się nudną formą zwyczajnie odtwarzającą broadwayowskie spektakle, zarówno pod względem tematycznym jak i stylistycznym. To znaczy, że nikt w Hollywood nie umiał jeszcze skorzystać z tego jakie możliwości wizualne daje chociażby praca z kamerą. Jednak wraz z pogłębiającym się kryzysem, a następnie z nadziejami związanymi z Nowym Ładem prezydenta Roosevelta, gatunek zaczął przeżywać swój renesans. Stało się tak m. in. za sprawą Busby’ego Berkeley’a, który odszedł od statycznego sposobu filmowania rezygnując z kilku kamer na rzecz jednej wprawionej w ruch, a także cyklu filmów produkcji RKO gdzie głównym wabikiem był, legendarny już dzisiaj, taneczny duet Ginger Rogers i Fred Astaire.




Moim zdaniem zasadne jest upatrywać w tego typu produkcjach odwołań do świata kreowanego na wzór swoistej utopii, rzeczywistości odrealnionej przedstawiającej zgoła odmienny świat aniżeli ten, w którym przyszło wówczas Amerykanom egzystować. Berkeley tworzył bowiem na ekranie widowiskowe i rozbudowane sceny taneczne, kaleidoskopowe wzory, które zadawały kłam zdroworozsądkowemu myśleniu. Zaś Astaire i Rogers przetańczyli kryzys na tle błyszczących, zdobnych, wręcz ekskluzywnych dekoracji, snując przed widzami najczęściej dowcipne opowieści o szczęśliwej miłości dwojga młodych ludzi.


Z drugiej strony pojawia się aspekt zaangażowania twórców filmowych w kwestie polityczne. Na przełomie lat 1932/1933 władze studia Warner Brothers zdecydowały się wprowadzić na ekrany serię musicali, w których to amerykański kryzys gospodarczy staje się problemem centralnym. To właśnie w ich powstaniu miał swój udział Busby Berkeley.  Widoczne były w nich jawne nawiązania do aktualnej sytuacji politycznej. I tak na przykład film „Ulica szaleństw”, opowiadający o tym jak nikomu nieznana dziewczyna z chóru staje się gwiazdą w ciągu jednego wieczoru, był reklamowany przez studio Warner Brothers pod hasłem INAUGURATING A NEW DEAL IN ENTERTAINMENT – w dosłownym tłumaczeniu, „inauguracja nowego ładu w rozrywce”. Ponadto, fabuła musicalu odzwierciedlała założenia forsowane przez Franklina Delano Roosevelta. Ciężkie czasy spadły na amerykański naród i tylko współpraca na wielu płaszczyznach, połączenie sił i wspólny wysiłek mogły pomóc w wyjściu z kryzysu. Właśnie takie przesłanie widoczne jest w filmie. Indywidualizm artysty i konkurencja przegrywają z poczuciem solidarności i wiarą w to, że wspólny wysiłek musi się opłacić, a działanie jednostki może przynieść korzyść grupie.

Jeśli więc spojrzeć na to z powyższej perspektywy, to wydaje się ciekawe prześledzenie zjawiska doby Wielkiego Kryzysu, gdzie kultura popularna w postaci kinematografii stanowiła odskocznię od tego co złe w realnym życiu, a musicale pełniły funkcję sztuki o charakterze eskapistycznym. Z jednej strony dawały wytchnienie od szarej i smutnej rzeczywistości zapraszając widzów do świata upiększonego i wyidealizowanego. Z drugiej zaś, stawały się istotnym tekstem kulturowym, który nieść może ważny przekaz o czasach w jakich powstał.





niedziela, 20 grudnia 2020

Recenzja spektaklu "Trump i pole kukurydzy" reż. P. Łysak

Jakiś czas temu, na portalu e-teatr.pl, pojawiła się moja recenzja spektaklu "Trump i pole kukurydzy" w reżyserii Pawła Łysaka z Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Tym razem było krótko acz wymownie. Polecam lekturze do południowej kawy ;-) 

https://e-teatr.pl/o-tym-jak-trump-wpadl-w-pulapke-6504


sobota, 19 grudnia 2020

Pandemia nie odpuszcza. Teatry w kraju wciąż pozamykane. Zapowiada się, że 27. Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej będzie trwał dłuuuuuugo dłużej niż było to przewidziane. Ogólnie jakoś aura nie sprzyja. Stąd długa cisza na blogu. Jednak jak wszystko w życiu, coś się kończy coś się zaczyna. Rok 2020 nie był łaskawy chyba dla nikogo. Myślę sobie, żeby tylko 2021 nie był gorszy, bo aż strach się bać ;-) 

Niedługo Święta Bożego Narodzenia, które w tym roku też będą inne niż dotychczas. Jeśli nie dla wszystkich, to przynajmniej dla wielu osób. W tym i dla mnie. 

Eskapizm. To słowo, które ostatnio bardzo często mi towarzyszy, i to w różnych sytuacjach. Według SJP oznacza "ucieczkę, oderwanie od rzeczywistości i od problemów z nią związanych". W rzeczy samej właśnie to praktykuję od dłuższego czasu. A cóż, jak nie musical, może pomóc w uzyskaniu takiego stanu ducha? Ba! Któż, jak nie Fred Astaire może sprawić, że zapominam o bożym świecie? 

Ciekawostka: 

Wiedzieliście, że scena gdzie Astaire i Rogers tańczą do piosenki "Cheek to Cheek" w musicalu "Top Hat" ("Panowie w cylindrach", 1935, reż. M. Sandrich) stała się źródłem konfliktu między artystami? 

Ginger Rogers zaprojektowała kremową, okazałą suknię, której głównym atutem miały być przykuwające uwagę pióra zdobiące zarówno ramiona jak i dół spódnicy. Niestety, podczas zdjęć okazało się, że pióra wylatują z sukni niczym płatki śniegu, opadając to na podłogę, to na strój Freda Astaire'a. Znany z przywiązania do eleganckiego i nienagannego wyglądu tancerz wpadał w niemałą irytację za każdym razem, kiedy jakiś fragment sukni lądował na jego ubraniu bądź twarzy. 

Astaire starał się przekonać swą partnerkę, żeby zmieniła kreację. Rogers pozostawała jednak w tej kwestii nieugięta. Wreszcie, po wielu próbach, udało się nagrać scenę, którą dzisiaj możemy uznać, za jedną z klasycznych w dziejach musicalu filmowego. Nie zmienia to jednak faktu, że do historii przeszła już anegdota jakoby w przerwach między ujęciami Fred Astaire nucił pod nosem utwór Irvinga Berlina, lecz zamiast wersu "Heaven, I'm in heaven" śpiewał "Feathers, I'm in feathers" :-D 

PS. Jeśli się przyjrzycie, to na nagraniu widać jak jasne strzępki sukni opadają na podłogę!