Kończy się rok 2020, który minął (chyba nam wszystkim) głównie pod znakiem pandemii COVID-19. Myślę sobie jednak, że wydarzyły się w nim także dobre rzeczy, za które jestem naprawdę wdzięczna. I choć koronawirus pokrzyżował kilka planów, to wciąż nie wolno mi zapominać o tym co się w moim życiu zawodowym udało zrealizować jak chociażby wydanie książki czy członkostwo w Komisji Artystycznej.
Ostatnie dni tego roku spędzam w bibliotece UMK w Toruniu. Już od jakiegoś czasu kiełkuje w mojej głowie pewien temat, który staram się skonkretyzować i sproblematyzować. Mianowicie, zastanawiam się nad tym jakie miejsce w świadomości amerykańskiego społeczeństwa odgrywały musicale filmowe w okresie Wielkiego Kryzysu, w latach 1929-1939. Ciekawy jest bowiem fakt, że na przełomie dekad musical drastycznie tracił na popularności. Mówiło się nawet o zmierzchu gatunku, który stał się nudną formą zwyczajnie odtwarzającą broadwayowskie spektakle, zarówno pod względem tematycznym jak i stylistycznym. To znaczy, że nikt w Hollywood nie umiał jeszcze skorzystać z tego jakie możliwości wizualne daje chociażby praca z kamerą. Jednak wraz z pogłębiającym się kryzysem, a następnie z nadziejami związanymi z Nowym Ładem prezydenta Roosevelta, gatunek zaczął przeżywać swój renesans. Stało się tak m. in. za sprawą Busby’ego Berkeley’a, który odszedł od statycznego sposobu filmowania rezygnując z kilku kamer na rzecz jednej wprawionej w ruch, a także cyklu filmów produkcji RKO gdzie głównym wabikiem był, legendarny już dzisiaj, taneczny duet Ginger Rogers i Fred Astaire.
Moim zdaniem zasadne jest upatrywać w tego typu produkcjach odwołań do
świata kreowanego na wzór swoistej utopii, rzeczywistości odrealnionej
przedstawiającej zgoła odmienny świat aniżeli ten, w którym przyszło wówczas
Amerykanom egzystować. Berkeley tworzył bowiem na ekranie widowiskowe i
rozbudowane sceny taneczne, kaleidoskopowe wzory, które zadawały kłam zdroworozsądkowemu
myśleniu. Zaś Astaire i Rogers przetańczyli kryzys na tle błyszczących,
zdobnych, wręcz ekskluzywnych dekoracji, snując przed widzami najczęściej
dowcipne opowieści o szczęśliwej miłości dwojga młodych ludzi.
Z drugiej strony pojawia się aspekt zaangażowania twórców filmowych w
kwestie polityczne. Na przełomie lat 1932/1933 władze studia Warner Brothers
zdecydowały się wprowadzić na ekrany serię musicali, w których to amerykański
kryzys gospodarczy staje się problemem centralnym. To właśnie w ich powstaniu
miał swój udział Busby Berkeley. Widoczne
były w nich jawne nawiązania do aktualnej sytuacji politycznej. I tak na
przykład film „Ulica szaleństw”, opowiadający o tym jak nikomu nieznana
dziewczyna z chóru staje się gwiazdą w ciągu jednego wieczoru, był reklamowany
przez studio Warner Brothers pod hasłem INAUGURATING A NEW DEAL IN
ENTERTAINMENT – w dosłownym tłumaczeniu, „inauguracja nowego ładu w
rozrywce”. Ponadto, fabuła musicalu odzwierciedlała założenia forsowane
przez Franklina Delano Roosevelta. Ciężkie czasy spadły na amerykański naród i
tylko współpraca na wielu płaszczyznach, połączenie sił i wspólny wysiłek mogły
pomóc w wyjściu z kryzysu. Właśnie takie przesłanie widoczne jest w filmie.
Indywidualizm artysty i konkurencja przegrywają z poczuciem solidarności i
wiarą w to, że wspólny wysiłek musi się opłacić, a działanie jednostki może
przynieść korzyść grupie.
Jeśli więc spojrzeć na to z powyższej perspektywy, to wydaje się
ciekawe prześledzenie zjawiska doby Wielkiego Kryzysu, gdzie kultura popularna
w postaci kinematografii stanowiła odskocznię od tego co złe w realnym życiu, a
musicale pełniły funkcję sztuki o charakterze eskapistycznym. Z jednej strony dawały
wytchnienie od szarej i smutnej rzeczywistości zapraszając widzów do świata
upiększonego i wyidealizowanego. Z drugiej zaś, stawały się istotnym tekstem
kulturowym, który nieść może ważny przekaz o czasach w jakich powstał.




